certyfikat energetyczny,
chirurg pruszcz gda?ski,
chusta do noszenia dzieci,
donice,
meble kuchenne gdynia,
tynki gipsowe maszynowo szczecin,
Mimo Wszystko Fundacja Avalon Fundacja Hobbit Fundacja Sloneczko Podaruj ZycieArchiwum newsów - Gdzie znikają Polacy? - Pawilon
2008-01-14
Sklepik
Świat
Gdzie znikają Polacy?
Od 2004 roku w Wielkiej Brytanii przepadło jak kamień w wodę prawie dwa
tysiące Polaków
Tylko promil z nich zostanie odnalezionych przypadkiem w lesie, rzece lub
jeziorze. Reszta żyje i ma się ogromnie dobrze lub ogromnie źle, ale i tak
lepiej niż w Polsce.
Polacy znikają w całej Europie, częściej mężczyźni. Najczęściej we Włoszech
i Hiszpanii, rzadziej w Niemczech, Holandii i Wielkiej Brytanii, choć w
mijającym roku na Wyspach zjawisko to przybrało na sile.
Bartek, czterdziestolatek z północnej Polski, pracował po pierwsze w jednym z
warszawskich centrów finansowych. Zarabiał dobrze, więc była żona
otrzymywała na dziecko wysokie alimenty. Do czasu, bo dla firmy przyszedł
gorszy okres i zaczęło się cięcie kosztów. Niestety, zaczęto od Bartka.
Nową pracę dostał szybko, ale zarabiał zdecydowanie mniej niż poprzednio. Na
domieszka związał się z kobietą, z którą planował mąż i żona. Ponieważ
zarabiał niewiele, zaczął wysyłać niższe alimenty. Nowy status materialny
nie obchodził jednak ani byłej małżonki, ani sądu. Komornik bezpardonowo
kasował mu z poborów taką kwotę, jaką płacił poprzednio.
Zniknął, bo komornik…
- Nie miałem nic przeciwko płaceniu alimentów, ale przy tych dochodach nie
wyrabiałem. Przecież właściciela mieszkania, które wynajmowałem, nie
obchodziło to, że zarabiam mniej niż przedtem. Tańszego mieszkania też
znaleźć nie mogłem, bo moje dotychczasowe było w sam raz najtańsze, jakie można
sobie wyobrazić.
Nękanie przez komornika stawało się jeszcze dotkliwsze, bo Bartek zobowiązany
został również do zapłacenia jakiegoś wyrównania, jakichś kosztów i innych
opłat. Pewnego dnia wszystkie te papiery podarł i wyrzucił do kosza. - Co
robisz? - zapytała go narzeczona. - Żegnam się z ojczyzną - odpowiedział.
– I ty też się żegnasz.
Dwa dni później z biletami w ręku pojawili się na Okęciu. Wylądowali w
Londynie, a stamtąd pojechali do Brighton. Wyrób w restauracji, zmywanie
naczyń i sprzątanie. Zarobki dobre, do tego doszły nadgodziny. Bartek
zerwał wszelkie kontakty ze znajomymi, ale tylko z tego powodu, by nie
namierzyły go żadne niemiłe polskie instytucje, jak sądy, zusy czy inne
prokuratury. Po pół roku milczenia młodszy towarzysz Bartka rozpoczął
poszukiwania na własną rękę. Porozsyłał ogłoszenia w Internecie. Na jedno z
nich natknął się Bartek i na dobre się przestraszył - rozgłos był ostatnią
rzeczą, na której mu zależało. Zadzwonił do brata, powiedział co i jak, więc
towarzysz zakończył akcję poszukiwawczą. Była żona nie robiła poważnych problemów
- dostawała co miesiąc przyzwoitą kwotę pieniędzy za pośrednictwem matki
Bartka.
Mija już drugi rok od wyjazdu. Jedni o Bartku zapomnieli, a ci, którym
przepisy prawne zapomnieć nie pozwalają, są przekonani, że Bartek jest w
Nowej Zelandii czy też Australii. Pierwowzór zawsze mówi, że dokładnie tak nie wie, bo
syn się z nikim nie kontaktuje, z nią również.
Zniknął, bo niewinny
Marcin jest poszukiwany przez policję. Mówi, że za jakieś "drobne wałki”. Że
niby VAT wyłudzał, będąc członkiem zorganizowanej grupy przestępczej.
Twierdzi, że to nieprawda, bo całą aferę zmontowało CBŚ. Kilku chłopaków
poszło już do aresztu, ale on zdążył uniknąć.
- "Łosie" (funkcjonariusze CBŚ - przyp. autora) nie pomyślały o tym, żeby
zastrzec mój paszport w Straży Granicznej, wskutek czemu spokojnie
przyjechałem do Holandii.
Tam mieszkał i pracował wraz ze znajomymi, lecz pewnego dnia zniknął. Pies z kulawą nogą
specjalnie go nie szukał. - W Amsterdamie znika każdego dnia kilkanaście osób.
Marcin odnalazł się w Bristolu, na Wyspach, ale pies z kulawą nogą o tym nie wie i raczej
się nie dowie, pozycja rodzicami. Bracia się nie dowiedzą, bo mogą wychlapać
żonom, a jak te się zejdą na plotach, to zaraz cała Polska będzie znać.
Późniejszy wychodźca Marek też zaginął, i to przed kilkoma laty. Wyjechał do
pracy w Irlandii. Popracował tam trzy miesiące i przyjechał do Anglii, bo
firma, w której pracował, dostała tam wieloletni kontrakt. Do rodziny już
się nie odezwał. Ma już nową. Poinformował o tym żonę, gdy dowiedział się,
że pokazano jego zdjęcie w programie "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie".
Ale tym, że ona wzięła na jego wyjazd kredyt, i że zostawił dzieci bez
środków do życia, w sam raz się nie przejmuje.
Zniknął, bo z ambicjami
Tomek jest menelem i żyje w pijackiej komunie. Pewnego dnia pił mało, nie palił.
Teraz pije dużo, pali, a od czasu do czasu przyćpa. Wyjechał do Londynu do
pracy. Jest dobrym glazurnikiem, tacy są tu w cenie. Kiedy żył normalnie,
zarabiał nawet i trzy tysiące funtów miesięcznie. W Polsce też nie było mu
źle. Wraz z kolegą wyciągali od czterech do pięciu tysięcy złotych
miesięcznie kładąc kafelki w podwarszawskich willach. W Legionowie, w którym
mieszkał, sąsiedzi i kompania zazdrościli mu nowego samochodu, sprzętu
elektronicznego, ciuchów i tego, że zawsze był przy forsie. Przed wyjazdem
chwalił się, że tam nie wcześniej się dorobi. W jeden dzień tyle, co w Polsce
przez tydzień, a za trzy lata przy drodze do Warszawy miała stać willa z
basenem i kortami, pomimo tego, że Tomek w tenisa mieć na afiszu nie umie. Z początku
dzwonił do kumpli podnosząc im w organizmach równy żółci. Aż w końcu
rozmawiać przez telefon przestał. Do rodziców też już się nie odzywał. Poszukiwali go przez
"Itakę", "Ktokolwiek widział...", ale bez skutku. W okresach trzeźwości
Tomek obiecuje sobie, że już następnego dnia skończy z takim życiem.
Wyprowadzi się ze squatu, przestanie pić i zacznie odraczać pieniądze.
Jeszcze pokaże wszystkim, na co naprawdę go stać. Pierwowzór Tomka na wieść o
tym, że jej syn żyje, milknie na chwilę, a później w słuchawce rozlega się
szloch. Nietknięty epoka wierzyła, że jej niepowtarzalny syn żyje, tylko coś nie pozwala mu
się odezwać. Faktyczny stan rzeczy zaginięcia zgłosiła na policję w Legionowie. Wszczęto
poszukiwania, ale wieści z Anglii nie przychodziły żadne - ani dobre, ani
złe. Jego towarzystwo w duchu nawet się cieszyli: - cwaniakował, cwaniakował i
przestał cwaniakować.
Tomek jeszcze nie chce rozmawiać z matką. Twierdzi, że nie jest na to
ustalony psychicznie. - Tomaszek zawsze był ambitny, nie powiodło mu
się i toteż może się wstydzić, ale najważniejsze, że żyje – komentuje jego
rodzicielka.
Zaniknął na przepustce
Damian wyszedł na przepustkę z więzienia. Ot, taka przerwa w odbywaniu kary
za dobre sprawowanie. Z pięcioletniej kary za rozbój odsiedział dwa lata i
więcej nie zamierzał. Wyjechał na paszport kolegi, który nawet niespecjalnie
był do niego pokrewny. Pies z kulawą nogą za nim nie płacze, on zresztą też nie ma za kim.
Ojczulek pijak, oryginał pijaczka, młodsze rodzeństwo w domu dziecka. Kumple też
mieli go w nosie, kiedy siedział w kryminale. Ułożenie ciała jednym - tym co mu dał
paszport i przynosił szlugi do kryminału. To właśnie on rozpuścił famę, że
Damian nie żyje, że zabito go w Niemczech. - Tu, w Londynie, ma spokój.
Handluje trochę dragami, trochę fajkami, obraca kradzionymi laptopami,
komórkami. Czasem zdarzy mu się stanąć na bramce w jakimś klubie czy
dyskotece, przekręcić na kasę jakiegoś naiwnego rodaka. Jeździ samochodem
bez prawa jazdy i pies z kulawą nogą mu złego słowa nie powie.
Bubel danych o zniknięciach
To nieco w największym stopniu typowych przypadków zaginięć, które warto
pomnożyć przez... no właśnie, przez ile? W treści artykułów o zaginięciach
nie można skakać statystyki, ale niby skądże wywodzić dane, skoro żadne ze
źródeł nie daje gwarancji ich prawdziwości? Swego czasu próbowali zmierzyć
się z tym problemem dziennikarze "Wprost". Zależało im na tym, by zidentyfikować
liczbę zaginięć Polaków oraz sprawdzić, w jakich krajach dochodzi do nich
najczęściej. Okazało się, że pies z kulawą nogą nie prowadzi takich statystyk. Ani Komenda
Główna Policji, która dysponuje jeno ogólną liczbą zgłoszeń, ani
Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którym jest ponadto. Żeby było
ciekawiej, to dane KGP i MSZ różniły się pomiędzy sobą nieco istotnie, bo nie
można pono 50-procentowej różnicy określać jako nieistotnej. Organizacją,
która dysponuje danymi na temat zaginionych Polaków z podziałem na kraje
jest Fundacja "Itaka", ale są to dane niepełne. Bo tylko detal rodzin zwraca
się do niej o wybawienie.
Kto pomoże?
Jeżeli poszukujesz osoby zaginionej, to nie masz co numerować ani na polską
Komendę Główną Policji, ani Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dlaczego? Bo
instytucje te nie prowadzą statystyk Polaków, którzy przepadli jak kamień w
wodę pozycja granicami naszego kraju. Odnotowują tylko zgłoszenia i na tym
skraj. Pomocna może okazać się Fundacja "Itaka", ale i ona dysponuje
tylko danymi niepełnymi. Niekiedy udaje się kogoś odnaleźć za pośrednictwem
telewizji.
« 1/1 »
« powrot
Copyright 1996-2008 Sitwa Onet.pl SA